WEGETARIANIZM

Zjadłam mięso po latach wegetarianizmu

meat-658029


Nie miałam mięsa w ustach od kilku lat. Aż do wczoraj.

Nie, nie było tak, że nie wytrzymałam i zamówiłam kebaba na mieście. Nie było też tak, że skręcałam się z głodu i ugryzłam kiełbasę od kolegi. To nawet nie to, że stwierdziłam „a zjem, żeby napisać o tym na blogu”. Kocham dziecko całym sercem, ale to wychodzi poza moją granicę poświęceń jeśli chodzi o researche do tekstów. Wystarczy, że czasem trafiam przez nie na Pudelka, Kafeterię albo, co gorsza, naTemat.

A więc co się stało?

Jako typowa nienawidzicielka gotowania uwielbiam jeść na mieście i jako typowa wegetarianka uwielbiam żreć trawę – dlatego żeby połączyć te moje dwie typowości, gdzieś pomiędzy spacerami po Warszawie a bieganiem po Warszawie znalazłam chwilę, żeby gdzieś usiąść i zamówić sobie sałatkę.

Nie musiałam długo czekać, danie odebrałam i zaczęłam jeść. Kęs jeden, kęs drugi i od razu zauważyłam, że pani się, kolokwialnie mówiąc, jebła. Podała mi zupełnie coś innego niż zamówiłam i pal licho, gdyby dosypała mi więcej pestek słonecznika albo zapomniała o suszonych pomidorach. Ale nie. Ja właśnie przeżułam i połknęłam kurczaka. Soczysty, miękki i dobrze doprawiony kawał mięsa właśnie wpadł do mojego brzucha.

Nie robiłam tego od lat, bo nie zgadza się to z moimi poglądami, nie pasuje mi prawie jak ołówkowe spódnice i generalnie wiadomo (nie wiem skąd, ale wiadomo), że nie jestem stworzona do szamania skrzydełek, a tu takie coś.

co się stanie?

Wtem – przed oczami stają mi te wszystkie wątki z forum wegetarian, które czytałam wielokrotnie. Przypominają mi się nagłówki, pytania i historie.

Otóż widzicie, pamiętam post pewnej kobiety, która napisała, że jadąc na rowerze zjadła muchę i potem wymiotowała całe popołudnie, bo tak jej organizm reaguje na białko zwierzęce po wielu latach diety roślinnej.

Czy ja umrę?!

Czy zaraz padnę i zabiorą mnie do szpitala, zrobią płukanie żołądka, wytną mi dwunastnicę i trąbkę Eustachiusza?!

I najważniejsze – kto przejmie bloga?!

Miliony pytań przebiegały mi przez myśl, wszystkie bez odpowiedzi. Oboje, ja i kurczak, byliśmy teraz przerażeni. Cały dzień żyliśmy razem w stresie, gotowi na nagłą śmierć, to znaczy on już nawet bardziej niż gotowy.

Wiedzieliśmy, że to koniec, zagłada, czas do trumny. Napisałam list pożegnalny i podmalowałam się, żeby nie umierać ze świecącym nosem. Przygotowałam też post na fanpage, na którym po informacji o moim tragicznym zgonie miało przybyć dwadzieścia tysięcy lajków w ciągu godziny.

No ale nie wyszło. Z tego co mi wiadomo, jeszcze żyję, i wszystko – oprócz tego, że nie przybyło mi dodatkowych tysięcy fanów – jest okej. I nadal mogę spokojnie uprawiać głębokie podśmiechujki z oszołomów, którzy po połknięciu komara biegną do notariusza spisywać testament. Uff.

CZY WRÓCIĆ DO MIĘSA?

Teraz pojawia się pytanie – skoro już spróbowałam, znowu poczułam ten smak i przypomniałam sobie jak to jest, może czas zmienić zdanie, przejść na krwawą stronę mocy i wrócić do normalnego jedzenia?

Najpierw przyznam coś, na co wielu ludzi czeka i czego wymaga się od wegetarian nie wiadomo dlaczego – tak, mięso może być pyszne, soczyste, dobrze zrobione. Jasne! Wczoraj było dokładnie takie.

Ale połykając je, pomyślałam sobie:

no trochę chujnia

Może to i smaczne, może i fajnie współgra z tymi warzywami, może ładnie się układa w brzuszku, może i łatwiej byłoby mi wybrać coś w knajpie czy ułożyć sobie menu, może mogłabym próbować różnych rozmaitych dań, ale nie. Nie umiem spojrzeć na to pod kątem swoich posiłków, bo widzę je raczej jako trupy. Okazało się, że taka pomyłka to dla mnie sytuacja mocno niekomfortowa i generalnie nie daję lajka.

jakieś wnioski?

Pierwszy kontakt z mięsem po latach przeżyłam. Skutkiem tego jest na przykład fakt, że statystyki bloga dziś nie przebiją głównej Wykopu, ale są też profity: mogę dalej wyśmiewać się z wegeoszołomów i banować tych, którzy napiszą mi dziś „no możesz się już nawrócić, przecież widzisz, że to nic strasznego”. Za to wyznania miłości przyjmuję nadal. Nawet od wszystkożerców!

Ale nie, od dziś nie przechodzę na mięsarianizm i nie zamierzam się wgryzać w mięcho. Chyba, że ludzkie.

  • Miałem to samo, gdy od dawien dawna znów ugryzłem kawałek sałaty. Niby fajne, nawet smaczne, ale to jednak nie to ;)

    • Hehe, ale żart, hehe.
      *teraz-jeszcze-tekścik-że-wege-to-jedzą-cebule-zamiast-jabłek*
      *no-poziom-cebuli-jest-niewyobrażalny-w-tym-wegeinternecie*

  • asia

    no i super :) dokładnie to samo ostatnio tłumaczyłam mojemu facetowi, że tu nie chodzi o to by być idealnym. wegetarianizm to nie 10 przykazań, a przypadkowe, czy nawet świadome zjedzenie mięsa przez wegeżercę to nie jest grzech śmiertelny. liczy się ogólna postawa, świadomość i dążenie do minimalizowania pewnych praktyk (czyt. patologie na fermach, w ubojniach itp.). fajnie, że masz do tego zdrowe podejście i tak właśnie powinno być. ps. mi np. już kilka razy śniło się, że zjadłam mięso i ten fakt zupełnie mi wystarczył, bym nie miała ochoty go znów jeść na żywo. moralniak po śnie, niezłe co? pozdrawiam ciepło :) #żryjcietrawę

    • Ale ja lubię takie komentarze! :) Fajnie mieć tu nieoszołomów, a normalnych ludzi z spoko poglądami.

    • f

      ja przez jakieś pierwsze dwa lata wegetarianizmu miałam takie sny kilkanaście razy i były dla mnie traumatyczne, ale potem jakoś minęły xD

  • A mnie ciekawi… co się stało z kelnerką?!

    • Została zamknięta w najwyższej komnacie w najwyższej wieży, a jak wiadomo w prawdziwym życiu żaden książę na białym rumaku po nią nie przyjedzie, więc tak tam sobie gnije.

  • Miałam podobną sytuację – w menu zapomnieli dopisać, że sałatka zawiera wołowinę. Ugryzłam przekonana, że to część wege żarcia i nawet połknęłam, bo wiochy robić nie będę, nie wypluję przecież na talerz w restauracji.
    Nie róbmy z siebie idiotów – nie jemy mięsa, super, ale ostatnio mam wrażenie, że zaciera się granica między tym, co robimy przekonani o etycznej słuszności wegetarianizmu a między pewnego rodzaju fanatyzmem i traktowaniem go niemal jak religię.

    • Dokładnie chodzi tu o oszołomstwo, z którym staram się jak najdzielniej walczyć. :)

  • Cóż, jak to moja znajoma po 12 latach Wege powiedziała: „ja pierdole, jaka ja byłam głupia, kiedy tej kiełby nie jadłam!”

    nie oczekuję tego od Ciebie, ale wiesz. Mięcho czycha wszędzie.

  • Ech, nie cierpię nierozgarniętych ludzi, którzy nie rozumieją prostego przekazu. Już nawet nie chodzi o tego kurczaka. Może jestem nienormalna, ale sytuacja typu: „poproszę DO 15 dag sera” a dostaję 20 z głupim uśmieszkiem na twarzy sprzedawcy – krew mnie zalewa czasami…

  • Może ja nie jestem posiadaczem pomarańczowych kubków smakowych, a nawet fioletowych (sorry, ostatnio wróciła mi faza gry w WoW’a, przez co np. idąc do pracy, myślę, że idę zrobić serię daily questów, a wszystko, co posiadam określam konkretnym kolorem stanowiącym o randze i epickości przedmiotu, bądź nieprzedmiotu *kubki-smakowe-niech-bedom-przedmiotem-he*), czyli nie wychwytuję delikatnie ukrytych nut, a czasem i większych różnic w smakach… ale mi zdarzyła się kiedyś sytuacja po prostu odwrotna. Jadłem gdzieś coś u kogoś i… tego no. Dziwnie przyprawione te kotlety mielone były, ale kurwadobre. Jak się okazało, zeżarłem „a’la mielone kotlety sojowe”. Ponoć „a’la schabowy” smakuje też prawie jak mięso. Takie smakowe trolololo :)

    • Kotlety sojowe na początku są mega dobrą opcją, bo przy przechodzeniu na wege brakuje tych smaków. Już mi się przejadły, ale na początku były wybawieniem. :)

  • Z 10 lat temu miałam podobną wpadkę: zamówiłam wege sajgonki, zajadam zadowolona, a tam w środku zmielone COŚ! :D

  • Mmm..Schabowy :3

    Japierdole jak to czytam to zastanawiam się czy istnieją jeszcze większe idiotki od ciebie..
    Praczłowiek wpierdalał mięso i żył, też zajadam mięso i żyję a ty po kęsku kurczaka miała byś odlecieć? Wegetarianizm jest chory.. powinno się to leczyć albo skuć tych ludzi i nafaszerować ich dużą dawką mięsa. Bo mają swoje widzimisię…

  • Każdemu wege zdarzają się takie sytuacje – no, chyba że 100% posiłków gotuje sobie sam i to bez półproduktów.

    Mnie przez 14 bezmięsnych lat (matko, ale jestem stara) taka sytuacja spotkała bodaj trzy razy: 1) pierogi z kapustą (które były z kapustą i mięsem – zjadłam dwa, zanim nabrałam podejrzeń), 2) zupa z mielonym mięsem (po ok. łyżce – obrzydlistwo) i 3) (najbardziej zdradliwy) krem z groszku, który okazał się na rosole (zjadłam cały talerz).

    Z weganizmem (4 lata) jest jeszcze trochę paskudniej, bo jak mięso jednak wyczuję w smaku, tak jajka w sklepowych ciastkach – o których znajoma zapewnia mnie, że sprawdziła skład i jest roślinny – na czuja nie rozpoznam za cholerę.

  • Pingback: 10 najgłupszych argumentów mięsarian - hania.es()

Przeczytaj poprzedni wpis:
niedo
Nie wiem, nie znam

Tak wstydzimy się przyznać, że czegoś nie wiemy, że aż mi za nas wstyd.

Zamknij