LUDZIE WYOBRAŹNIA

To jedno najbardziej Twoje miejsce

le métro se lève


Cała ta rzeczywistość ma znaczenie tylko do pewnego momentu.

Wstajesz o jedną drzemkę w telefonie za późno, przypalasz owsiankę i wychodzisz z lekko odbitym na powiekach tuszem albo krzywo zawiązanym krawatem. Rozplątujesz słuchawki w drodze na przystanek i patrząc na podjeżdżający autobus przypominasz sobie to, co wczoraj mignęło Ci przed oczami na Fejsie gdzieś pomiędzy zdjęciem z wakacji koleżanki z gimnazjum, a kolejnymi prośbami o lajki dla dzieci z Afryki. To był jakiś superpopularny status, który latał po tablicy jak komar przy ognisku, o tym, że za każdym razem, gdy biegniesz na autobus, tracisz trochę godności.

Ale chuj, lepiej stracić teraz trochę godności niż za godzinę pracę. Przebierasz więc nóżkami trochę szybciej, ale bach!, w ostatnim momencie, przed samym czubkiem Twojego nosa drzwi się zamykają, jakby na złość. „Co za palant!” – klniesz na kierowcę w myślach i rozglądasz się dookoła, szukając zupełnie na marne porzuconej godności.

miasto

Wyciągasz telefon i zastanawiasz się, czy dowalić sobie rapem, czy może jednak uspokoić klasyczną. Decydujesz się na indie i tupiesz nóżką, kiwając głową jak samochodowy piesek. Prawie zapominasz, że Twoje mieszkanie wygląda, jakby przeszło tam rano tornado, a Ty spóźnisz się do biura.

Lubisz tę pracę, ale jednak jest dość stresująca. Masz pod sobą cały zespół, czasem musisz kogoś opierdolić, czasem przeglądać CV studentów, którzy zrobiliby dla Ciebie wszystko za ciepły posiłek, no albo – w szafiarskiej wersji – za jakąś maseczkę. Pilnujesz deadline’ów, boisz się fuckupów i tego, że stażyści zepsują ekspres do kawy. Popijasz latte z mlekiem ryżowym i odpisujesz na osiemdziesiąt maili, które pojawiły się w ciągu ostatniej minuty. W końcu czytasz wiadomość od klienta i jednak decydujesz się pójść po melisę. Bo logo duże i na środek, wiadomo.

Wybija godzina zero, więc godzin o wiele więcej niż zero stoisz w korkach. Wakacje, lato, dobro i jednorożce, a w tramwaju śmierdzi gorzej niż w zoo. Do firm przychodzą różne gratisy, ale okazuje się, że antyperspirantów nie wysyłają. Chuj tam, poćwiczysz trochę, przyda się, bo za miesiąc lecisz ponurkować do Sharm el Sheikh. Jeszcze kilka takich podróży i w ogóle nie będziesz potrzebować butli tlenowej.

paryz

Po jakimś nieskończenie długim czasie wysiadasz, choć teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominasz Miss (czy tam Mistera) Mokrego Podkoszulka wybieraną po pijaku na Juwenaliach, ale zdradza Cię wystająca z torby smycz od identyfikatora. Wchodzisz jeszcze do sklepu, kupujesz pora, bo dorośli ludzie kupują pory i bierzesz też chrupkie pieczywo, ani trochę nie przejmując się tym, że babcia mówi Ci z pogardą, że nie można jeść tylko tektury. Pakujesz do koszyka jeszcze odtłuszczone mleko i dwa białe wina. Wino zawsze jest dobrym pomysłem, a dwa – dwoma dobrymi pomysłami.

Przy kasie jakieś dziecko drze się „mamo, ale ja chcę tego lizaka!” i wiercąc się, skacze Ci na stopę. Zaciskasz zęby, przewracasz oczami i słuchasz kolejnych bardzo wysokich dźwięków, bełkotu skupiającego się na pozyskaniu Chupa-Chupsa, nieznoszącego odmowy matki. Zaczynasz się zastanawiać, czy nie kupić mu tego lizaka, ale przypominasz sobie, że przecież jeszcze Cię nie pojebało.

W końcu ekspedientka kasuje Twoje zakupy, przykładasz do terminala kartę zbliżeniową i obserwujesz, jak sprzedawczyni niezmiennie fascynuje się tym magicznym przepływem hajsu. Pakujesz wszystko do ekologicznej siatki, bo to jeden z prostszych sposobów na wyeliminowanie poczucia winy i zaspokojenia jakiejś tam potrzeby robienia dobra.

miasto 1

Otwierasz drzwi od klatki i ciężko wzdychasz z rezygnacją połączoną z odrobiną wkurwienia, bo nie ma windy. Nie, że nie przyjechała – jej po prostu tu nigdy nie było. Niby to wiesz, niby mieszkasz tu od dwóch lat, niby zawsze pokonujesz te trzy piętra schodami, ale jednak za każdym razem brak windy jest rozczarowaniem.

No trudno, telepiesz się po tych schodach z tym wystającym z siatki porem, sapiąc pod drzwiami szukasz kluczy, co zajmuje kolejne pięć minut i gwarantuje trzy lekkie zawały serca, bo znowu wydaje Ci się, że przepadły i na pewno ich tu nie ma. Ale w końcu wykonujesz te kilka ruchów nadgarstkiem, naciskasz dłonią na zimną, metalową klamkę i oto jesteś.

Rzucasz wszystko co masz w rękach na stół w kuchni, rozwiązujesz buty, ściągasz spodnie i dwie sekundy później leżysz na łóżku. Tu, w domu. W Twoim bezpiecznym miejscu, w Twojej protection zone – tylko że nie w Tibii, a w życiu. Jesteś u siebie. Bez przypadkowych ludzi, przedmiotów i smyczy od identyfikatorów.

Nieważne co się działo tego dnia. Czy było wspaniale, czy fatalnie. Czy stało się coś ważnego, czy była nuda. Czy coś się udało, czy może zepsuło. Nagle wszystko przestaje mieć znaczenie, bo odcinasz się od całej tej rzeczywistości, ganiania za autobusem, stażystów i pora w ekologicznej siatce.

Po prostu jesteś w domu, a wszystko poza nim trochę zwalnia. To pewnego rodzaju magia i dlatego warto to doceniać.

Bo pamiętaj, że każdy, nawet najgorszy dzień Twojego życia skończy się w tym samym miejscu. W Twojej bezpiecznej oazie.

  • W.

    Hania – ależ ten tekst jest świetny.

  • Wanda Pawłowska

    Ogólnie tekst mi się podoba, tak na prawdę większość życia zlatuje nam na rutynowych czynnościach, codziennie powtarzanych, które w dużej mierze mają służyć jakiemuś większemu ‚dobru’ np. nasze zdrowie/rozwój. Na tym co na prawdę nas obchodzi spędzamy mało czasu, reszta to otoczka i chyba najlepiej jest po prostu umieć cieszyć tą rutyną. Poza tym coś w tym jest, nawet jeśli moje życie nie wiadomo jak zajebiscie się potoczyło, ile marzeń się spełniło, miała życie jak z bajki to i tak codziennie rano obudzę się w tym samym łóżku. :)

  • Piękno posiadania tego magicznego schronienia odkryłam dopiero zamieszkując kilka lat temu z moim (obecnym) mężem (wtedy jeszcze nim nie był). Niestety nie każdy budynek, w którym mieszkamy, można nazwać domem.

    Fajny tekst.

  • Cayenne

    Ale śliczny tekst! Ekstra :) Opłacało się czekać :D

  • Hania Lewandowska

    Świetny tekst :)

  • Sepijka

    O jeżu, to jest TAK genialny i prawdziwy tekst, zwłaszcza że właśnie zatyrana wróciłam do domu z pracy (jako kelnerka, nie mamy klimy i jest dosłownie milion stopni Celsjusza) i gdyby napiwki wydawać rzeczywiście na piwo to nie starczyłoby chyba nawet na Perłę (fuj). Ale wróciłam, rzuciłam się na łóżko, sprawdzam bloga, jest wpis! Czytam, niezliczoną ilość razy śmieję się na głos i całe emocje ze mnie schodzą… Hania, dzięki!

  • Woda napojem życia

    Hania, świetny tekst! <3
    Codziennie robimy różne mniej lub bardziej ciekawe rzeczy ale wracamy do tego jednego miejsca, miejsca które jest dla nas bezpeczne i które możemy nazwać DOMEM. Jak tylko powiedziałaś na snapie o tym tekście miałam przeczucie że będzie świetny, ale nie że aż tak!

  • Sara

    A ja najbardziej cieszę się na powroty do domu nie tylko dlatego, że w końcu znajdę się z powrotem w swoim azylu – ale też dlatego, że nieważne, jak kiepski miałabym dzień, wrócę do domu i przytulę się do ukochanego. A po wszystkim zapominam o przykrościach, które spotkały mnie tego dnia :)

  • Cam Ql

    I za to właśnie Cię uwielbiam. Prosty temat, a tak nietuzinkowo podjęty…
    ‚..kupujesz pora, bo dorośli ludzie kupują pory’ <3 /made my day :D

  • Czuję dokładnie to samo jak przyczłapię wieczorem do domu po całym dniu w pracy a potem na mieście. Ta chwila kiedy rzucam reklamówki i siadam w ciszy na fotelu. Nagle czas zwalnia i przychodzi ta błogość.

  • Paweł Majcher

    Ten tekst powinien mieć więcej lajków.

Przeczytaj poprzedni wpis:
macbook blog praca
To, czego w ludziach nierozumiem*

Zastanawia mnie to, skąd u niektórych bierze się potrzeba publicznego wytknięcia komuś błędu. Jak bardzo żądnym uwagi i małym trzeba...

Zamknij