DZIECI

Czy płacić dziecku za oceny?

szkola


Skoro dziecko nie chce się uczyć, może dobrze je jakoś dodatkowo zmobilizować? Może pomóc, by miało więcej chęci do nauki?

Nie wszystkie dzieciaki dostają szóstki tak często jak bezdomny w ryj. Od niektórych wymaga to naprawdę wielkiego wysiłku, mobilizacji i motywacji. Idąc dalej – nie wszystkim w ogóle zależy na nauce. Są też małolaty, które dwója w dzienniczku przejmuje tak, jak mojego dziadka nowa maskotka Hello Kitty.

Ale przecież żaden rodzic nie chce, żeby jego dziecko miało problemy w szkole, prawda? Wtedy przychodzi do głowy pomysł płacenia za naukę.

Pamiętam, że miałam w klasie w podstawówce co najmniej trzy koleżanki, które za każdą piątkę dostawały trzy złote, a za szóstkę pięć. Mówiły czasem:

Muszę się na jutro nauczyć i zgłosić do odpowiedzi, żeby mieć pieniążki na nową gazetkę.

Potem już nie odkładało się na WITCH, więc i stawki się zmieniły. W gimnazjum kolega znany z tego, że lekcje omijał jak szef rozmowy o premii, za każdą czwórę zgarniał od rodziców dwie dyszki. Piątki występowały u niego tak często jak mądre słowa w ustach Kingi Rusin, dlatego nawet nie ustalili ze starymi kwoty na tę okoliczność.

Pamiętam, że raz pomogłam mu na sprawdzianie, bo potrzebował kasy na imprezę. Co tam, dobra koleżanka jestem, a że rodziców miał głupich to już nie moja wina.

a ja…

Ja nigdy złamanego grosza za naukę nie dostałam. To zawsze miała być wyłącznie moja sprawa – jak mi idzie, jakie mam oceny i czy odrabiam prace domowe. Nigdy nikt ze mną do lekcji nie usiadł, ani razu nie sprawdzał, czy odrobiłam zadania i czy jestem gotowa na test. Jedynie przed niektórymi sprawdzianami to ja prosiłam mamę, by przepytała mnie w ramach powtórki, ale nigdy nie robiła tego z własnej woli.

Och – ja biedna, zaniedbana, taka skazana tylko na siebie, niedoceniona?

No nie.

Nawet im nie zazdrościłam. Już wtedy wiedziałam, że to bardzo nieodpowiedzialne ze strony rodziców kolegów i tak nie powinno być. Jasne, przechodziło mi przez myśl, że spałabym na hajsie (a raczej gazetkach WITCH i jajkach niespodziankach) gdyby ten system działał też w mojej rodzinie, ale jednak byłam wdzięczna, że w lekcje nikt mi się nie wpierdala.

Dlatego też szybko zrozumiałam, że nauka jest spoko – i sama stawiałam sobie wysoko poprzeczkę, byłam bardzo ambitna jeśli chodzi o szkołę, a pierwszą tróję dostałam w liceum. Nikt mnie z ocen nigdy nie rozliczał, a na moje „o nie, mamo, zabrakło mi punktu do szóstki” byłam uspokajana, że czasem mogę sobie odpuścić i generalnie nobody’s perfect. Spoko, wiem jak to brzmi, ale nie byłam kujonem. Do końca gimnazjum w domu uczyłam się sporadycznie, wszystko ogarniałam na lekcjach, a zadania domowe odrabiałam w szatni przed treningami.

Wiecie, to najlepsze podejście, jakie można mieć i mojemu dziecku przedstawię dokładnie takie same warunki. Bo nauka to nie jest sprawa rodzica, a dziecka. Ma być ważna dla niego, to on ma brać za nią odpowiedzialność, rozumieć, jakie płyną z niej korzyści, cieszyć się ze swoich sukcesów i zwyczajnie rozumieć, że to jedna z niewielu rzeczy, której ma codziennie dopilnować.

Przecież to jego obowiązek.

Może zaraz napiszecie mi w komentarzu, że chcecie tylko pomóc swojemu dziecku, dać mu kopa do działania, podsycić czymś ambicje – ok, ale wplatanie się w ten system to najgorszy z możliwych pomysłów! Działa bardzo niewychowawczo, bo pokazuje, że – oprócz tego, że nauka jest nudna, bo trzeba za nią płacić, żeby się opłacała – z każdym wykonanym obowiązkiem wiąże się jakaś nagroda.

***

Pokażcie dziecku, że nauka jest czymś, czego skutki nie Wy, a ono będzie dostrzegało w swoim życiu. Że można wynieść z tego dużo dobra dla samego siebie. No ale cholera, nie płaćcie dziecku za to, że wykonuje swoje obowiązki!

Bo czy w przyszłości ktoś zapłaci mu za wyniesienie śmieci albo zrobienie prania?

  • Agnieszka Piątkowska

    Od zawsze to słyszałam od mamy: „Uczysz się dla siebie, nie dla mnie”. Być może rodzice w ten sposób próbują pokazać „co Cię synuś/córuś czeka jak już studia skończysz, jak będziesz pieniążki zarabiać za to, czego się dowiedziałeś/aś”. Szkoda że na dłuższą metę w głowie dziecka układa się taki schemat. Nadejdą gorsze czasy, jakiś mały kryzys, któreś z rodziców straci pracę, dziecko nie dostanie hajsu za ocenę i wtedy co? Bunt. Zachęcać można na zasadzie „jak będziesz mieć taką a taką średnią na koniec roku to wybierasz gdzie jedziemy na wakacje/pojedziemy gdzieś gdzie chcesz/dostaniesz rower”. Do pewnego momentu.

    • O to to, zdanie na porządku dziennym! :) Ale ja bardzo szybko to zrozumiałam i serio wiedziałam, że uczę się dla siebie. Zawsze się dziwiłam jak w podstawówce inni się przejmowali, co powie mama czy tata. :)

      • Agnieszka Piątkowska

        Moi byli na mnie wkurzeni jak miałam złe oceny więc też się tym stresowałam :D Potem było mi coraz bardziej obojętne.

  • Byłoby super, za wszystko, co robi się w domu zarabiać. Taka gosposia. We własnym domu <3

    • Hahah no, ciekawe tylko kto by za to płacił! ;)
      *państwo-nie-da-na-leki-ale-sprzątanie-spoko*
      *lepsza-motywacja-bo-kto-by-tam-chorował-niech-lepiej-pozmywa*

      • Jeżeli dziecko nie zmotywuje się samo do nauki to może skończyć np jako konserwator powierzchni płaskich. I wtedy za sprzątanie płacą; ))

  • Myślę, że problemem rodziców płacących za oceny jest nieumiejętność motywacji dziecka i zainteresowania go nauką. Ida po najłatwiejszej linii poru. Kasa jest oczywiście świetnym motywatorem. Zarówno w czasie szkoły, jak i potem pracy. Każdy lubi dostać premię od szefa. Jednak zgadzam się z tobą. Taki typ motywacji w liceum może prowadzić do kombinatorstwa (Ej, Hania, zrób mi zadanie odpalę ci pińc złotych) i działa na krótką metę. Lepiej już zdobyć wiedzę w temacie. Poczytać o technikach motywacyjnych u dzieci, podszkolić się w kreatywności, usiąść z dzieckiem i poświęcić mu czas. Ja miałam problemy z sylabowaniem do 8 roku życia. Mój bratanek łapie literki, ale za Chiny nie potrafi zapamiętać, jak pisać cyferki. Każde dziecko ma inne predyspozycje. Jedne szybciej uczą się wierszyków na pamięć inne wolniej łapią tabliczkę mnożenia. Cierpliwość, cierpliwość i dużo pracy. To je jak z książką: jeśli dziecko zainteresujemy nauką w pierwszych latach życia potem będzie mu szło coraz łatwiej, a zdobywanie wiedzy będzie przyjemne.

    • Tak jest! To strasznie proste, ale tak głupie, że aż boli.

  • Ania

    Bardzo dobry tekst, Haniu. Ja nigdy nie dostałam od rodziców jako takiej zapłaty za naukę, poszczególne oceny, czy wykonywanie domowych obowiązków i też dostrzegałam w tym niewychowawcze podejście, kiedy moje koleżanki dostawały pieniądze np. za pomycie naczyń, pójście na mszę szkolną (sic!) i wiele innych. Jedynym moim wynagrodzeniem za dobre wyniki w nauce były pieniążki od babci i dziadka jakie otrzymywałam na koniec każdego roku szkolnego, po przedstawieniu im swojego świadectwa. Każde z wnucząt w naszej rodzinie coś takiego dostawało, ale od zawsze byliśmy uświadamiani, że to nie o hajs w tym wszystkim chodzi. Rodzice na koniec roku szkolnego i w jego trakcie po prostu mnie chwalili, gdy dobrze mi szło i mówili mi, że są ze mnie dumni. To było dla mnie największym motywatorem. Czasem z okazji końca roku szkolnego zabierali mnie i siostrę na obiad do restauracji. To była nagroda za całoroczny trud. Na studiach bywało podobnie. Po licencjacie i dostaniu się na UJ dostałam od taty perfumy, o których marzyłam i doskonale wiedziałam w czym rzecz (to była niespodzianka, nawet nie wiedziałam o tym, że jest w planach jakiś podarunek dla mnie z tej okazji). To nie było przekupstwo. W głowie mam zakorzenione, że uczę się dla samej siebie, a to że czasami coś dostanę w nagrodę nie jest wyznacznikiem mojego podejścia do edukacji.

    • Super! Brawa dla rodziców, tak powinno być.
      No, a dla mnie największym przerażeniem, totaaalnie, było nie to, że mama będzie zła (wut) czy wkurzona za cokolwiek. Najbardziej bałam się, że będzie rozczarowana i tak mam do dzisiaj. To chyba parenting done right i kiedyś o tym napiszę.

      A co do nagród, mi kiedyś mama na turnieju tanecznym, na którym już nie miałam siły i padałam, powiedziała, że jak wejdę na podium to dostanę perfumy, na które odkładałam od jakiegoś czasu. W życiu tak mięśni nie zmobilizowałam! :D Ale to był wyjątek, nie wyobrażam sobie dostawać hajsu za pasję normalnie, lol.

      • Ania

        Czasem mała motywacja, którą zastosowała Twoja mama może przynieść bardzo pozytywne skutki :) Ważne, by uświadomić dziecku odpowiednie podejście do sprawy.

        I racja, rozczarowanie na twarzach i w głosach rodziców było maksymalnie dobijające, zawstydzające i po prostu okropne. Zwłaszcza jeśli powiedzieli „zawiedliśmy się na Tobie”. Najgorzej! :)

        • Ojezu, to najcięższa broń jaką może wyciągnąć osoba, na której zdaniu Ci zależy! Raz w życiu to usłyszałam i raz powiedziałam, ale na tyle, że nawet tak to pamiętam. Hardkorowe rzeczy!

  • Zgadzam się z Tobą całkowicie. Mi niestety rodzice długo stali nad głową bym odrabiała lekcje do czasu aż moja siostra poszła do szkoły i wyszło na jaw, że moje czwórki od czasu do czasu to pikuś. W gimnazjum uczyłam się już wyłącznie z własnej woli. Pieniędzy nigdy za to nie dostałam, no może z wyjątkiem tych za świadectwo pod koniec roku i z dzisiejszej perspektywy bardzo się z tego cieszę.; ) Mam nadzieję, że w przyszłości moje dzieci będą traktowały naukę jako coś interesującego i angażującego, a nie przykry obowiązek (i że będę mogła się chwalić że to choć po części moja zasługa; ))

    • Konrad Norowski

      Niestety nie tylko Ty masz wpływ na to jak Twoje dzieciaki będą traktowały naukę.

      • Niestety to prawda. Dlatego liczę, że mój wkład będzie na tyle znaczący, że zrobi różnicę.

  • Konrad Norowski

    Z motywacją zewnętrzną jest problem że człowiek się do niej przyzwyczaja i potrzebuje większych dawek – jak z dragami.

    Z jednej strony pieniądze psują tylko głupich, ale z drugiej czy możemy oczekiwać że dziecko będzie mądrzejsze od rodziców preferujących takie motywowanie i podejdzie do tego dojrzale? Dzieciaki są sprytne i wykorzystają wszystko na swoją korzyść – moja siostra będąc małym bajtlem oskarżyła mamę że będąc „z nią ” w ciąży czytała mniej niżbędąc w ciąży „ze mną ” i dlatego ona się teraz gorzej uczy :D
    Zastanawia mnie jak wygląda nauka dzieciaków teraz – ze wszystkich stron są atakowane potokiem informacji *za moich czasów tego nie było * i to się pewnie odbija na możliwościach przyswajania takiego małego mózgu.

    • Ale z tym „za moich czasów” to wiesz, może wydaje Ci się, że to nagle jest teraz, bo są tablety, WiFi wszędzie i jakdojadę zamiast mapy, ale nie – tak było zawsze. Tylko wiesz, wtedy było, że za moich czasów nie było takiej oranżady albo czekolady w sklepach. Tylko to się zmienia. :) O tym też będzie, mam w szkicach!

      • Konrad Norowski

        Tak, ale nadal – rozwój technologii powoduje zalew mózgów toną informacji, co pewnie wpływa na zdolności poznawcze.

  • Dominika Skorupa

    Kasa za odrabianie lekcji to porażka absolutna. Tak samo jak za sprzątanie, wyniesienie śmieci, spacer z psem. Wszystkie dzieciaki w moim wieku, które miały taki „motywator” przedstawiały potwornie roszczeniowe nastawienie do świata. Nie lubiłam takiego podejścia wtedy, do szału doprowadza mnie dziś.
    Ciekawa jestem, czy tacy ludzie tylko w piracy uważają że „im się należy” (firma mojego TŻ, państwowa, duża z przerośniętymi związkami zawodowymi), czy jak łąskawie śmieci wyniosą, to żonce obwieszczają „teraz to lodzik musi być”:>

    • Dominika Skorupa

      ps. Ale za dobre oceny na świadectwie, co semestr był wypad do kawiarni na-co-tylko-chcecie. Super dorosłe się wtedy czułyśmy z najbliższymi przyjaciółkami, przy jednym stoliku my z czekoladą, przy drugim mamy z kawą:)

      • A to nie, ja tego nie miałam, ale po udanych większych turniejach w kategorii jeszcze 12-13 zabierali mnie na obiad. Nigdy nie jadłam lepszego dania. ;)

        • Dominika Skorupa

          ja tańczyłam baaaardzo krótko niestety, o turniejach mowy nie było;) Te wypady to była taka tradycja bardziej, coś mega wyjątkowego dla takich dzieciaków jak my wtedy;) ale cały semestr uczyłam się dla siebie, nie dla ocen. One były jakoś przy okazji, bo ja z tych co właściwie bez wysiłku mieli wyniki. Nawet nie przyświecała mi myśl, że to będzie potrzebne kiedyśtam. Ciekawska byłam, to się uczyłam z przyjemnością.

    • Hahah, no dokładnie! Teoretycznie można zrozumieć, że to było głupie, ale większość ludzi jednak stawia swoich rodziców w miejscu autorytetu jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Nic dziwnego. :)

  • Ja również kasy za dobre oceny nie dostawałem, była stała „stawka” kieszonkowego niezależnie od wszystkiego. Miałem nawet z dziadkami i rodzicami podpisane coś na kształt umowy, że póki nie wydaję na narkotyki, to będę dostawać co tydzień te parę złotych od każdego. Uczyło oszczędności i mądrego zarządzania swoim budżecikiem.

    Ale już nagrody za świadectwo były. Też nie wielka kasa, tylko spełnienie ówczesnych marzeń i uważam, że nie ma lepszej formy motywacji. W podstawówce za pasek dostałem LEGO Football, w gimnazjum – wakacyjny wyjazd do Monachium z najważniejszym punktem programu – zwiedzaniem Allianz Arena. Podejrzewam, że jeśli doczekam się dzieci, to będę postępować podobnie, bo o nic tak mocno nie walczyłem w swoim życiu, jak o tą brakującą do wyjazdu piątkę z geografii.

    • Weź zawalcz o jakąś dziewczynę, a nie kurde piątki z geografii. Ja nie wiem, czo ci czytelnicy, tacy mondrzy.

  • Oliwia Sozańska

    Jak tak czytam Twojego bloga Hania to nie dość, że uświadamiam sobie jak bardzo zbliżone poglądy mamy, to z tego co widzę życie chyba też przeżywamy podobnie. :D Moi rodzice są identyczni, od zawsze powtarzali mi, że jestem wolna, uczę się dla siebie i dla nich mogę pójść jakąkolwiek drogą w życiu, bylebym była szczęśliwa. :)

  • Magdalena Noskiewicz

    Absolutnie się z Tobą zgadzam. Płacenie za oceny to taka porażka rodziców. Ja dostawałam ewentualnie nagrody za świadectwo od babci, a na zakończenie roku rodzice brali mnie do kawiarni czy pizzerii. To było fajne i nieszkodliwe, ale niestety były i minusy tego jak mama próbowała mnie „zachęcić” do nauki. Bo szlabany na co tylko się dało i darcie się za pojedynczą czwórkę to już jak dla mnie przerost ambicji. Dlatego rozumiem tych od „co mama powie” :)
    PS Komentuję pierwszy raz (zgodnie z życzeniem :D) i muszę zaznaczyć, że masz świetne teksty. Wchodzę tu codziennie, żeby sprawdzić co u Hani :>

    • To absolutnie super! A o karach, szlabanach też kiedyś napiszę, bo głupie to strasznie. :)
      A za P.S. dzięki, miło mi i fajnie, że to napisałaś!

  • Całe szczęście moi rodzice nigdy nie wpadli na taki pomysł, aby zachęcać mnie i moje siostry do nauki czy domowych obowiązków za pomocą kasy. Jednak przez całe życie zawsze stawiałam sobie poprzeczkę wysoko i nie chciałam zawieść ich oczekiwań wobec mnie. Ostatnio miałam zawirowania na studiach i to właśnie rodzice pierwsi powiedzieli mi, że nie ma się czym przejmować, że dla nich nie jest ważne kiedy je skończę i z jaką oceną. I właśnie to dało mi większego kopa do nauki niż gdyby obiecali mi kilka stów jak pozdaję egzaminy na 5.

  • Też mi nigdy nie płacono. Za rezultaty w nauce, bo za naukę (korki, wyjazdy do szkół językowych itd.) rodzinka płaci. Ale to wydaje mi się, że jest ok, bo świadomość, że rodzice za to zapłacili motywuje mnie do ciężkiej pracy. Z kolei płacenie za rezultaty w nauce jest niebezpieczne, bo dziecko może zacząć oszukiwać – ściąganie, uczenie się metodą „zakuj-zapomnij”, nie przychodzenie do szkoły, kiedy jest nienauczone itd.
    W dużej mierze jest to nie tylko wina dziecka, które wpadło na taką metodę, co rodziców. W podstawówce miałam koleżankę, której Tato przyniósł łapówkę nauczycielowi z matematyki. Masakra.

    • Dokładnie, mi rodzice np. opłacili kursy z angielskiego, francuskiego, certyfikat też. Zawsze mówili, że jeśli tylko są w stanie, zawsze naukę mi opłacą. To jest super, bo wiedziałam, że mogę się rozwijać, mam możliwości. No ale właśnie – ja się z tego cieszyłam, nauka była dla mnie czymś fajnym. Może dlatego, że to była ta rzecz w moim życiu, gdzie od początku wiedziałam, że jest dla mnie, moja i nikt mi nad głową nie stoi, nie wpierdala się w tę sprawę?

      • U mnie jest troszkę inaczej. Z natury jestem tak bardzo leniwa, że gdybym miała zagwarantowane dostatnie życie, to rzuciłabym szkołę. Ale tak się niestety nie da i uczyć się trzeba. Dlatego doceniam fakt, że mogę chodzić na korki z matmy, czy na kurs językowy i cieszę się, że rodzice nie mają na mnie wyrąbane i wciąż myślą o mojej edukacji, chcą dla mnie jak najlepiej i wierzą we mnie. :)

  • Karola Pałgan

    Ogólnie przybij piątkę, bo nasze wspomnienia z procesu edukacji są bardzo podobne :)

    Ja bym jeszcze pod robienie własnemu dziecku krzywdy podciągnęła płacenie za wykonywanie prac domowych. Jedno zabija w dziecku wewnętrzną motywację do poszerzania wiedzy, drugie w moim odczuciu niszczy poczucie odpowiedzialności za wspólną przestrzeń.

    • Prawda, prawda. Jak chciałam mieć więcej niż kieszonkowe, zbierałam truskawki u sąsiada na polu i prowadziłam urodziny dla młodszych dzieci (już w podstawówce dla przedszkolaków). Było super, a nigdy nie ceniłam tak tych kilku złotych, które mi wpadły z „pracy”.

  • Paulina

    Widzę, że nie tylko moi rodzice mają takie podejście. Ja powiem tak: moi rodzicie też nigdy nie wtrącają się w moje oceny. Mam z mamą taką umowę, że mówie jej tylko o tych ‚złych’ ocenach ( dla mnie 4 są złe, chyba 2 razy w życiu dostałam 3). A,e później jest zdziwiona na zebranaich ilościa 5 i 6 i ma lekkie pretensje, że mogłam ją na to przygotować. :)

    • Ja tam lubiłam czasem opowiadać o dobrych ocenach, bo mama zawsze mówiła, że „to fajnie”. :)

  • Adam

    Rodzice mi nie płacili za naukę, ale bardzo skutecznie mnie do niej zniechęcili i sprawili, że do dziś – a mam 22 lata – nauka kojarzy mi się z czymś bardzo nieprzyjemnym i robionym nie z własnej woli. I bardzo, bardzo nudnym, zawsze przysypiam.
    Nie polecam mojego podejścia, to się źle kończy. 2/10.

    Kiedyś pomyślałem: „może jakby mi płacili to zacząłbym się uczyć”, ale pewna dziewczyna z dawnych lat uświadomiła mnie w głupocie tej myśli. Cóż, byłem wtedy gimbusem.

  • Pierwszą kasę za oceny dostałem na koniec ósmej klasy. Potem to już co roku – przez cztery lata liceum, na studiach też. Ta pierwsza kasa – to była od szkoły. W Liceum – od prezydenta miasta. I od kuratorium. Na studiach to wiadomo, stypendium za wyniki. Fortuna to nie była, ale miałem na lizaki.

    To był najlepszy system, jaki może być, bo:
    – dostawałem nagrodę za moją ciężką pracę,
    – nagrodą nie była kasa, która i tak była w domu, ale coś w 100% mojego,
    – uczyło mnie to myślenia długofalowego – piątka na jednym sprawdzianie to było nic, jeśli na koniec roku miałbym mieć za niską średnią,
    – nie ma szans, aby się zmuszać do nauki z każdego przedmiotu przez cały rok, takie nagrody są faktycznie dla tych, którzy to lubią,
    – kasa dopiero po ośmiu latach podstawówki to była miła niespodzianka i premia za to, co robiłem dobrowolnie przez cały ten czas.

    Natomiast płacić swojemu dziecku za oceny? Jakoś mi się to nie widzi.

    • Ósma klasa. Lol. :D

      I tak, stypendia są w porządku, ale to jest faktycznie dla wybranych uczniów. To trochę jak pensja dla tych, dla których nauka to pełen etat.

  • Cóż, rodzicom trudniej pokazać przy polskich realiach jakąś jasną perspektywę, wynik tego co może dać dobre uczenie się, więc łatwiej dać 5 zł za dobrą ocenę, teraz słyszałem nawet o iPhonach… tylko dawając tego iPhona rodzice wychowują płytkich materialistów, i rośnie takie pokolenie „bo mi się należy”, a potem jest płacz.

    • Droga na łatwiznę, niezaprzeczalnie. Kupię dziecku iPhone, iPada i od razu Maca, ale na pewno nie za to, że zgarnie szóstkę z majzy. :)

  • Za piniondze? Nie no… Kiedyś to się starało o piątki i czwórki, żeby w dupsko nie dostać

    • To też jest bardzo zła praktyka. Karanie dziecka za oceny to fatalny pomysł.

      • To idiotyczny pomysł. Ale tak kiedyś było. Hmm… piszę „kiedyś”, a – smutne to – ale pewnie i dzisiaj nie jedno dziecko przez to cierpi…

  • Tylko widzisz, mówimy tutaj już o dzieciach, które za naukę dostają oceny, a nie słoneczka. Właściwe motywowanie i rozpędzanie wózka naukowe powinno zacząć się jak najwcześniej po to, żeby bez względu na pieczątkę w zeszycie, młodzi mieli czystą przyjemność z ogarnięcia naukowego.

    Dodam tylko, że dobrze wspominam wieczory spędzone z tatą nad zadaniami z matmy. I to był jedyny przedmiot, z którego potrzebowałam pomocy. hasztag mogłamzostaćweterynarzem hasztag cozrobiłamźle

  • Po co dziecku płacić za wyniki w szkole, skoro zazwyczaj nie mają żadnego odzwierciedlenia w posiadanej wiedzy. Poza tym jest to olewanie i pójście na łatwiznę w wychowywaniu. Łatwiej dziecko dać piątaka za piątkę niż wytłumaczyć i zmotywować co da mu nauka.

    • No właśnie, nie wiem za co dostałam szóstkę z biologii. Nie odróżniam ręki od nogi i żołądka od płuca.

  • Tak sobie myślę, że gdy dzieciak idzie do szkoły, to już jest trochę za późno na uczenie i motywowanie. Bo najlepszy uczeń to ten, który motywacje ma w sobie, chce i lubi się uczyć dla siebie. I dobrze by było, gdyby rodzice pokazali za młodu, że szkoła może sprawiać mnóstwo frajdy a uczenie się jest ekstra i pozwoli dużo fajnego zrobić i osiągnąć. Jeszcze przed pierwszą klasą :)

  • Otóż to, byłam wychowywana dokładnie w ten sam sposób, maturę zdałam, na studia się dostałam (jak się po pierwszym semestrze okazało zupełnie nie te, które chciałam, ale to wciąż był mój wybór :D), a moje dziecko mam nadzieję będzie wyznawać identyczną filozofię. Jedyne, co miałam z dobrych stopni, to jakieś wyjście rodzinne na lody czy obiad po zakończeniu roku, jesli oceny były przyzwoite, ale zawsze było to na zasadzie „o super, chodźmy to uczcić”, a nie „jeśli będziesz mieć dobre oceny, pójdziemy na wspólny obiad” (swoją drogą, kiepska by to była motywacja, bo na wspólne obiady chodzimy dość często, nie mówiąc o tym, że niedzielny obiad przy stole w jadalni to święto :D).

    • Super, dobre podejście!

      Jak tak czytam te komentarze, to mi się mega humor poprawia. Nie dość, że wszystkie Żabki mam fajne i kochane, to jeszcze wychowane przez mądrych ludzi. Turbokul!
      Dzięki!

  • Gorsze jest odrabianie lekcji za dziecko, żeby szóstki miało. Zaczyna się w przedszkolu, kiedy panie poprawiają różne pracy, żeby ich dzieci wygrały jakiś konkurs :)

    • A potem, że co Ty taki jesteś niesamodzielny, co Ty taki nieporadny. Ghhrrrrr…

  • yumekko

    Moja koleżanka miała zupełnie ekstremalną sytuację: za piątki dostawała pieniądze, za niższe oceny – szlaban.

    • Jej rodzice powinni dostać szlaban na dzieci.

  • Płacenie za dobre oceny jest tak samo mądre jak przekonanie, że dobre oceny to oznaki porządnego wykształcenia…

  • Pingback: Blue Coaster33()

  • Pingback: streaming movies()

  • Pozwolę sobie się z Tobą nie zgodzić. Po pierwsze, jeśli nie chcemy dawać dzieciom sztucznej motywacji – i nauka powinna być najważniejsza – powinniśmy całkowicie zrezygnować z ocen. W tej chwili mamy oceny i mamy stertę niepotrzebnej nikomu wiedzy, książki napchane głupotami. Dawanie gotówki to taka sama motywacja jak oceny – nie widzę żadnej różnicy.

    To nie prawda, że dzieci stracą motywację do nauki, albo że nie będzie im sprawiała przyjemności, przecież za pracę też dostajemy zapłatę, a mimo to, można uwielbiać swoją pracę. Jeśli gotówka jest złą motywacją, stypendia dla najzdolniejszych również są złą motywacją.

    Mam natomiast bardzo złe zdanie na temat płacenia dzieciom za domowe „obowiązki” lub pomoc najbliższym. Nigdy nie zapłacę synowi za skoszenie ogródka albo pomoc w wyniesieniu śmieci – równie abstrakcyjne wydawałoby się płacenie dzieciom za np. wspólne spędzanie razem czasu.

    Nie potrafię do końca dobrze przekazać tego co mam w głowie na ten temat, ale postaram się. Jeśli np. dzieci zastanawiają się, czemu mają sprzątać w pokojach – można im wytłumaczyć, że to ważna umiejętność, że czystość jest ważna, itd., jeśli spytają się, czemu muszą wynosić śmieci – można im powiedzieć, że dzięki temu pomagają mamie i tacie, wszystko to społeczne zachowania, których raczej oczekuje się lub po prostu naturalnie czerpie z nich przyjemność. A co jeśli dzieci pytają, czemu mają uczyć się o amebie na biologii? Nie wytłumaczysz 9 letniemu dziecku tego za cholerę, sam do tej pory tego nie rozumiem. Żeby ćwiczyć umysł? Można to robić przecież pożytecznymi informacjami. Dzieci często zaczynają kumać, że ta cała nauka to jakaś ściema, nikt nie umie im wytłumaczyć po co się tego uczą, buntują się i przestają uczyć się czegokolwiek. Do tego motywują ich oceny, które porównują z innymi uczniami – co daje o wiele gorsze wzorce – czyli chory wyścig i porównywania.

    Jeszcze kilka lat przede mną zanim mój synek i córeczka pójdą do szkoły, jednak na chwilę obecną mam zaplanowane, że będą dostawały gotówkę za dobre oceny – i nie jakieś 3 zł, tylko konkretne kwoty, np. 30 zł za 4 i 50 zł za 5. W żadnym razie nie będę jednak wymagał od nich konkretnych wyników. Jeśli polubią jakiś przedmiot, to będą chciały się uczyć niezależnie od ocen i pieniędzy, a jeśli będą czegoś nie lubiły, to przynajmniej będą miały konkretną motywację do ćwiczenia umysłu.

    Tak mam plan :)

  • BanujMnieToNieZatrzyma

    ciekawe kto za cb tego bloga pisze… albo kto ci za niego placi xDD

  • BonaVonTurka (Hipis)

    W takim układzie płatniczym moi rodzice by zbankrutowali na swojej trójce zdolnych dzieciaków. I to szybko. Ale w pewnym sensie zawsze byłam motywowana do nauki pieniędzmi, bo z góry wiedziałam, że rodzice zbierają oszczędności na moje studia. I dlatego nie mam nowych zabawek i gadżetów, jak inne dzieci. Ale za to może będę miała doktorat, ha. Rodzice nauczyli mnie, że nauka i wiedza jest wartością samą w sobie, jedną z największych na świecie. W ich systemie wychowawczym zmieniłabym tylko jedno- żeby mnie chociaż raz szczerze pochwalili. Bo gdy ja mówiłam, że zabrakło mi jednego punktu do szóstki, uważano to za moją porażkę. Tak samo gdy ktoś w klasie miał więcej punktów, niż ja. Jeżeli chociaż za maturę mnie pochwalą to im anuluję moją złość z poprzednich lat, a jeżeli nie to idę na studia i pogadamy po magisterce.

Przeczytaj poprzedni wpis:
ulica
Autobus

Innej miłości już nie będzie.

Zamknij