LUDZIE PSYCHOLOGIA WYOBRAŹNIA

o mojej depresji

IMG_0953o


Nie przychodzi nagle, w ciągu jednej nocy, a jednak gdy słyszysz diagnozę, mówisz tylko: „ale jak to… ja?“.

Codziennie rano dzwoni budzik, a Ty zanim jeszcze otworzysz oczy, jesteś okropnie zmęczona. Budzisz się pusta i zużyta. Wstajesz z łóżka wykończona jak po przebiegnięciu maratonu i już modlisz się, by był wieczór. Spędzasz cały dzień czekając na to, żeby wrócić do spania. Kolejny dzień.

Wszystko, co sprawiało Ci kiedyś przyjemność, stało się wyblakłe i przestało cieszyć. Nie chodzi tylko o smutek. W połowie wypełniona jesteś czymś gorszym – pustką, zupełnym brakiem reakcji na rzeczywistość, a w połowie okropnym, dokuczającym poczuciem winy, lękiem, beznadzieją, smutkiem i wątpieniem w siebie.

Nie wychodzisz z domu, gdy nie ma takiej konieczności. W weekendy nawet nie wstajesz, nie myjesz się, nie ma po co. Czasem zapominasz o jedzeniu na dwa dni. Ale poza tym dalej robisz to co zwykle, bo nie widzisz powodu, dla którego mogłabyś sobie odpuścić, nie pracować, nie rozwijać się, nie uczyć, nie pisać. Chociaż powoli nie masz siły już nawet na to, co umiesz najlepiej – dopierdalanie sobie i perfekcjonizm.

Życie przestaje Cię interesować i okazuje się, że w zasadzie jedyne, czego chcesz, to leżeć i czekać na śmierć.

Nie jesteś w stanie nic zrobić, chociaż miażdży Cię poczucie winy, obowiązki, oczekiwania innych i tyle rzeczy, które trzeba wykonać. Wszyscy teraz robią wszystko – pewnie Ci na złość – a Ty co? Nic.

faza zaprzeczania

Więc zaciskasz zęby i mówisz do siebie, że dajesz sobie jeszcze tydzień, a potem na pewno weźmiesz się w garść i przestaniesz narzekać. Po tygodniu, gdy już masz zacząć żyć na nowo, wkładasz nieuważnie lewy but na prawą nogę i zupełnie nie wiesz dlaczego, siadasz i szlochasz jak nigdy wcześniej. Wtedy zaczyna się festiwal silnych emocji: nie możesz oddychać, dławisz się spazmatycznym płaczem i kryjesz twarz w dłoniach.

IMG_0960o

Gdy w końcu przestajesz, zaczynasz być na siebie zła. Wkurwiona, pełna nienawiści. Bo przecież już miałaś być silna i nie użalać się nad sobą. Potem za karę wieczorem próbujesz pracować, odpisywać na maile i czytać książki, ale bardzo trudno się wykonuje te czynności, kiedy w głowie słyszysz ciągle głos „jesteś beznadziejna!”.

Nie możesz zasnąć z bólu karku i pleców, które są tak spięte, że mięśnie masz jakby ze stali i nie wiesz jak je rozluźnić. Męczysz się każdej nocy, jesteś obolała i przerażona tym, co się z Tobą dzieje.

Trochę mniej rozmawiasz z bliskimi, przestało Ci to sprawiać przyjemność. Nie chcesz ich martwić, ale też niezbyt lubisz kłamać, że wszystko jest w porządku. Pytasz z grzeczności, ale tak naprawdę mało Cię obchodzi, co u nich. W ogóle świat mało Cię obchodzi.
Starasz się regularnie odzywać, by nie byli podejrzliwi i nie widzieli, że coś się zmieniło. Poza tym to pewnie minie, już zaraz, za chwilę, poradzisz sobie z tym przecież sama. Z tyloma rzeczami sobie radziłaś, że teraz też nie będzie problemu. No nie?

I to nie jest żaden Weltschmerz, nie jestem młodą, piękną duszą – ja po prostu jestem pierdolnięty, chory psychicznie.
— Jakub Żulczyk

Okazuje się, że musisz iść na jakąś ważną imprezę. Garnitury, szpilki, szampan, poznawanie nowych ludzi i muzyka na żywo. Nie masz ochoty, ale malujesz kreski, idziesz i nawet dobra jesteś w te wszystkie gadki, śmiejesz się, opowiadasz, słuchasz historii innych. Myślisz sobie, że powinni to zobaczyć w szkole aktorskiej, przyjęliby Cię od zaraz. Naprawdę świetnie Ci wychodzi udawanie, że nic się nie dzieje.

A potem wracasz do domu i gapisz się w sufit przez kilka godzin. Następne dwa dni leżysz – odreagowujesz te small talki, nie odzywając się do nikogo. Wypełnia Cię tylko pustka. Kolejnej nocy się boisz. Ogarnia Cię nieskończenie wielki strach, że zmarnowałaś życie. Jest jak ogromny potwór, który Cię otacza i krzyczy, że wszystko popsułaś.

IMG_1014o

Przed snem marzysz o śmierci. O nieistnieniu. O nieobecności. Jesteś prawie pewna, że umrzesz na raka, od dziecka tak myślisz. Wyobrażasz sobie, kto płacze na Twoim pogrzebie. Zastanawiasz się, co się stanie potem. Zaciskasz zęby tak mocno, że boli Cię czaszka i od razu wydaje Ci się, że to już nowotwór.

coraz bliżej końca

Wstajesz z łóżka, jest ciemno i cicho, zapalasz małą lampkę. Bierzesz ciężkie pióro i ładne kartki, piszesz listy do wszystkich najbliższych osób. Zasycha Ci w gardle, gdy na dole dopisujesz „Miłego życia!”. Zaczyna świtać, kiedy wkładasz je do szuflady i masz tylko nadzieję, że jak już umrzesz, to ktoś będzie ich tu szukał.

Męczy Cię pewność, że już nic dobrego się nie wydarzy, że to Twoja wina i wszystko już przeżyłaś. Zaczynasz pić, żeby uciszyć te myśli. Codziennie wieczorem whisky z colą – ale to alkohol z wyższej półki, więc przecież można. On lekko zacisza myśli i beznadzieję. Zasypiając masz wrażenie, że umierasz, że więcej nie zniesiesz, że to po prostu niemożliwe, choć wstyd Ci, że jako dorosła osoba pozwalasz sobie na takie dramaty.

Nic wielkiego mi się nie przydarzyło, małe życiowe potknięcie, a leżę jak długa i kwiczę, podczas gdy wszyscy znajomi odwracają się ode mnie ze wstrętem. Na dodatek jeszcze dochodzi do tego sprawa uzależnienia od mężczyzny. Ja się naprawdę wstydzę, ja bym nie chciała być uzależniona, ja, kurwa, marzę o tym, żeby nie mieć nasrane w głowie. A mam.
— Kaja Malanowska, „Drobne szaleństwa”

Każdego ranka jednak się budzisz i z każdym rankiem coraz bardziej Cię to zadziwia. Jak umyjesz włosy, to wydaje Ci się, że zasłużyłaś na puchar. Że za nastawienie prania należy się order. Za tusz na rzęsach – aplauz.

Mijasz ludzi na przystanku, w windzie i na poczcie. Patrzysz na innych i wiesz, że oni wszyscy sobie lepiej radzą, lepiej wyglądają, lepiej się odżywiają, a Ty nigdy nic nie osiągniesz. Jesteś gorsza, winna i słaba. Mówisz do siebie, że od pierwszego przestajesz być smutna. Pierwszego się okazuje, że znowu nie wyszło, oczywiście przez Ciebie.

IMG_0903o

Tak mija pięć miesięcy, a Ty bledniesz i bledniesz. Wciąż nikt tego nie zauważa, bo na zewnątrz nie zmieniasz się wiele – ewentualnie mówisz, że to słabe ciśnienie, okres albo pogoda. Nikt nic nie podejrzewa, bo przecież przeżywasz to wszystko sama w domu, z dala od świata, poza mediami społecznościowymi, a dowody zostają tylko w Twoim dzienniku, gdzie rysujesz swoje myśli i małą dziewczynkę na pustym placu otoczoną neonami „lepiej nie będzie”.

Czasem myślisz, żeby się zabić, ale przecież nie zostawisz dziecka samego. Przypominają Ci się teksty przyjaciółki, która zawsze mówi, że trzeba się wygadać. Ale jak to? Przecież to żałosne. Nawet nikt Ci nie umarł, nie masz prawa być zdołowana. Inni ludzie nie mają rąk i nóg, a Ty co, tak po prostu jesteś smutna? Chyba sobie żartujesz. Wstyd!

Nic nikomu nie powiesz. Nikt się nie może dowiedzieć, jak bardzo sobie nie radzisz. Jest coraz gorzej, godzinami leżysz w beznadziei, ale wciąż będziesz się uśmiechać i opowiadać żarty w pracy. Przecież to umiesz.

czas się ratować

Pewnego dnia czujesz coś dziwnego. Lęk, wielki lęk i strach – tym razem o samą siebie. Piszesz w dzienniku „jest mi siebie zwyczajnie szkoda” i „boję się, że zostawię ich samych”. Odzywa się w Tobie ktoś inny, kto się o Ciebie troszczy i boi, że coś sobie zrobisz. Pewnie dzięki temu komuś dziś jeszcze żyjesz. Pod wpływem chwili wyszukujesz numeru i dzwonisz do psychiatry.

Słyszysz termin: za siedem miesięcy. Chce Ci się śmiać, bo w zasadzie teraz nie wyobrażasz sobie dożyć do tego czasu. W innej placówce słyszysz, że ktoś „niestety już do nas nie przyjdzie” – czyli pewnie się zabił – więc wchodzisz na jego miejsce, za trzy tygodnie. W nocy śni Ci się ten samobójca, który zostawił liścik „umarłem, żeby uratować Ci życie”.

Znów impuls. Coś mówi Ci „Ty możesz nie przeżyć nawet tych trzech tygodni”. Zapala Ci się lampka, patrzysz na śpiące dziecko i wiesz, że nie możesz go zostawić samego. Umawiasz się do psychologa na jak najszybciej.

Idziesz tam przerażona. Nagle mówisz o tym, że jesteś winna temu, co czujesz, że wydaje Ci się, że przyszłaś tu usprawiedliwić swoje lenistwo, że nie wiesz, czy w ogóle ma to sens, bo już i tak wszystko, co dobre, się wydarzyło. Nie płaczesz, zaczynasz się śmiać. Zawsze jak jest już bardzo źle, to z bezsilności się śmiejesz.

IMG_0869o

Przychodzisz kolejny raz i na wstępie mówisz, że jest coraz gorzej. Wypluwasz z siebie jak armata okropne zarzuty, wszystkie w swoją stronę. Co drugie zdanie dodajesz, że czujesz się żałosna w ogóle mówiąc o problemach. A co trzecie – że to straszne, że ludzie nie umieją rozmawiać.

Za chwilę milkniesz i po krótkim wyjaśnieniu tego co sobie zarzucasz, słyszysz coś niesamowitego – że wolno Ci się tak czuć i wolno o tym mówić. Zajebiście Cię to uderza. Nikt Ci tego nigdy nie powiedział. Że to jest okej.

panie doktorze, nie chcę żyć

U psychiatry jest inaczej. Tam idziesz spłoszona i z pewnością siebie wynoszącą minus pięć. Starszy pan z wielkim nosem przeprowadza z Tobą wywiad, ale nie jak kiedyś do gazety, bo w gazecie nie pytali o to, czy przypalałaś się kiedyś papierosami i czy masz pomysł na samobójstwo. Wbijasz sobie paznokcie w rękę ze stresu i znów zaciskasz zęby tak, że boli Cię cała głowa, aż boisz się, że zaraz pęknie. Po czterdziestu minutach słyszysz, że chorujesz na ciężką depresję i wysoką obsesyjność, dostaniesz psychotropy i będziesz chodzić na terapię.

Wstrzymujesz oddech. „Ale jak to… ja?” — wydukujesz przerażona. Przecież jak to depresja, Ty jesteś po prostu leniwa i słaba, a nie chora, on to pewnie mówi, żebyś się nie czuła głupio. Lekarz daje Ci też zwolnienie z pracy, bo pierwsze doby po przyjęciu leków mogą być dziwne. Bierzesz, ale i tak wiesz, że pójdziesz do biura, bo nie będziesz przecież tłumaczyć się z pieczątki psychiatry. Tfu, jaki wstyd!

Wychodzisz z gabinetu z wielkimi oczami, stajesz na korytarzu i Twoje nogi zamieniają się w marmur, nie możesz się ruszyć, bo ciągle słyszysz w głowie drwiący śmiech i krzyk „głupia, co jeszcze zrobisz, żeby znaleźć wymówkę swojemu lenistwu?!”. Wstyd Ci, że poszłaś do psychiatry i wstyd, że nie umiesz sobie sama poradzić. Wychodzisz i spanikowana zastanawiasz się, czy nie lepiej byłoby to po prostu skończyć. Tłumaczysz sobie, że to tylko demony w Twojej głowie i że jeszcze kiedyś będzie lepiej, wydaje Ci się logiczne, że to piekło kiedyś minie, bo wszystko mija, ale w ogóle w to nie wierzysz. Dzwonisz do terapeuty powiedzieć, że panikujesz i się boisz, że ten lekarz z dużym nosem chciał Ci coś wmówić, więc zostajesz uspokojona i zapewniona, że nie dzieje się nic złego, że tak trzeba. Jest trochę lepiej, choć wciąż serce masz pod gardłem, boli Cię każda komórka Twojego ciała i nic tego dnia nie jesz.

Boisz się, że oni wszyscy chcą Cię skrzywdzić, a tak naprawdę sama jesteś swoim największym wrogiem.

W aptece spuszczasz wzrok, podając receptę. Wstydzisz się, bo to kolejna osoba, która się dowiaduje, że potrzebujesz pomocy. Cały czas zastanawiasz się, czy to naprawdę choroba niezależna od Ciebie, tak jak toczeń albo rak, czy może to wszystko jest jednym wielkim lenistwem, wymysłem i Twoją winą. Będziesz się tak zastanawiać jeszcze wiele miesięcy.

IMG_0852owszystkie zdjęcia z tekstu zrobiła Ida Maj

No i bierzesz leki, chodzisz na terapię, starasz się codziennie podnieść z łóżka, choć samo to wydaje Ci się hardkorem. Niesamowicie ciekawi Cię to, jak dobrze wykształciły się w Tobie mechaniczne nawyki. Wstajesz rano, malujesz się, a potem siedzisz na kafelkach nie dowierzając, że to się stało. Jesteś pełna podziwu, gdy dasz radę się ubrać i nie zapomnieć o bluzce.

Wychodzisz z domu i zajebiście zaskakuje Cię fakt, że udaje Ci się zrobić te wszystkie rzeczy, których sensu wcale nie widzisz. Codziennie się dziwisz. Każdego dnia. Chyba nigdy w życiu jeszcze nic Cię tak nie szokowało jak to, że się teraz ubierasz i malujesz.

Wracasz z pracy i zadziwia Cię, że miałaś siłę tam być osiem godzin, a płakałaś tylko raz, w łazience. Wiesz, że to nie dlatego, że miałaś tyle siły. Nie miałaś. To sukces nawyku. Mechanizmu. Patrzysz w sufit i o tym myślisz (w ogóle Twoje życie ostatnio składa się z ciagłego patrzenia w sufit). Gdybyś wierzyła w boga, to w dupie miałabyś historie o wodzie i winie. To były prawdziwe cuda. Te mechanizmy.

Wciąż się leczysz i nadal wypełnia Cię okropna pustka, brak jakiejkolwiek radości. Cały czas ciężko Ci zrozumieć to, co usłyszałaś na drugiej sesji – że wolno się tak czuć. Ale próbujesz. Starasz się jakoś uwierzyć, że czeka Cię coś dobrego i że dopierdalanie sobie nie jest normą, choć czasem wątpisz, że to się kiedykolwiek uda. Walczysz z chorobą, poczuciem winy i tym, żeby w ogóle chciało Ci się robić coś poza leżeniem. Terapeuta mówi, że się da i pyta, czy już się pogodziłaś z tym, jak się czujesz i czy nie wstydzisz się o tym mówić. Albo pisać.

Próbujesz. Może zrozumieją.

  • Jezu Hania! Sama lepiej nie opisałabym tego wszystkiego. A wien co czujesz bo ja w domu po rozstaniu zamknelam się przed ludźmi na blisko rok. Było identycznie poza tym ze ja zamiast patrzenia w sufit spalam albo patrzyłam w ekran monitora zapominając po co patrze bo myśli i tak były gdzieś indziej. Rozumiem i życzę jak najszybciej powrotu do zdrowia i siły by walczyć. Ja tez walczę; ) ściskam Cię ciepło; *

  • Karolina Pietyra

    przesyłam <3, bądź dzielna i dalej walcz, jesteś fajnym, wartościowym Człowiekiem <3

  • Ola

    Mam wrażenie że czytam własne myśli, swoją historię…

  • Agata Wieczorek

    Zrozumieją. Ja rozumiem. Jestem w trakcie już chyba piątej czy szóstej rundy tej znanej nam wesołej imprezy. Jestem yebnięta, cóż poradzić ;) Nie jesteś sama. Trzymaj się. Wielkie buziaki, dużo miłości i tęczowej mocy wysyłam <3 <3 <3

  • kar.

    Dobrze to znam. I najgorzej, kiedy znajomi, pytają, co się stało, czemu jesteś smutna, a ty nawet nie masz, co im powiedzieć, bo brakuje słów, którymi można by opisać, to jak się czujesz. Więc następnym razem udajesz, że interesuje cię to, o czym rozmawiają, uśmiechasz się, udajesz, że jest okej. A później jesteś po prostu zmęczona tym udawaniem.
    Trzymaj się Hania, bardzo dobry tekst :)

  • Kasia

    Poryczałam się, bo cholernie Cię rozumiem. U mnie to też była noc paniki, przebłysk świadomości, że powinnam jak najszybciej iść do psychiatry, a potem panika, bo jak to tak, do lekarza od czubków. Mimo że nigdy tak nie myślałam o ludziach chorych psychicznie, to jednak gdzieś w głowie miałam tę myśl, że jest bardzo niedobrze, że tam nie powinnam chodzić. Wchodząc i wychodząc z poradni czułam paniczny strach, że ktoś znajomy mnie tam zobaczy. Było mi wstyd, że obcy ludzie widzą mnie zapłakaną, wychodzącą z gabinetu psychiatrycznego. Po wszystkim wróciłam do domu i nie wyszłam z niego przez miesiąc. Miesiąc pustej egzystencji, leżenia na łóżku i spania z mamą, bo nocą lęk był tak silny, że nie mogłam zostać sama. Czułam, że jeśli ktoś nie będzie mnie pilnował, to się zabije.
    Tak było prawie 1,5 roku temu. W międzyczasie przeszłam jeszcze próbę samobójczą, teraz wyprowadziłam się z domu i próbuję stanąć na nogi. Własne nogi.
    Ściskam Cię mocno i trzymam za Ciebie kciuki.

    • Dziękuję Ci za ten komentarz, cieszę się, że z tego bagna wychodzisz. Buzi!

  • Asia

    Rozumiemy. Idealnie to wszystko opisałaś.

  • Czasami mi się wydaje, jak tu jestem, że jesteś mną, albo ja jestem Tobą.
    „Jak umyjesz włosy, to wydaje Ci się, że zasłużyłaś na puchar. Że za nastawienie prania należy się order. Za tusz na rzęsach – aplauz.”. No w punkt. Jak zawsze. Trzymaj się ciepło!

  • To smutne, że tyle osób to rozumie – z osobistych doświadczeń… A z drugiej strony może i dobrze, bo nie czujesz się więcej takim odszczepieńcem i dziwakiem.

  • Oliwia

    Bardzo ważny tekst, bardzo. Gdyby wszyscy potrafili zrozumieć, jak czuje się człowiek z depresją, dużo łatwiej byłoby się z niej wyleczyć.
    Mogłabym tak cytować cały tekst, ale to trafiło do mnie tak mocno, że aż zbyt mocno. „Przed snem marzysz o śmierci. O nieistnieniu. O nieobecności. Jesteś prawie pewna, że umrzesz na raka, od dziecka tak myślisz. Wyobrażasz sobie, kto płacze na Twoim pogrzebie. Zastanawiasz się, co się stanie potem. Zaciskasz zęby tak mocno, że boli Cię czaszka i od razu wydaje Ci się, że to już nowotwór.”
    Ciężko jest powiedzieć wszystkim, którzy pytają, że zrezygnowałaś ze studiów bo Twój każdy dzień dzielił się na fantazjowanie o wpadnięciu pod samochód, ryczenie w łazience na co drugiej przerwie między zajęciami i zagłuszanie tego wszystkiego próbami ogarnięcia materiału, który nie chciał wchodzić Ci do głowy, bo po prostu nie mogłaś się skupić. Co z tego, że oceny miałaś bardzo przyzwoite i niby wszystko ogarniałaś, skoro Ty i tak wiesz, że jesteś beznadziejna i tak naprawdę tylko udawałaś, że coś umiesz, a te piątki nic nie znaczą i w ogóle to dostałaś je przypadkiem?
    I ludzie pytają, co u Ciebie, jak sobie radzisz, co teraz robisz? Ale jak im powiedzieć, żeby zrozumieli, że gdybyś miała wybierać soundtrack do ostatnich miesięcy swojego życia, byłoby to zapętlone Mad World?
    A Ty płaczesz, płaczesz nad swoim zmarnowanym życiem (myślisz, że jest już nie do odratowania), nad sobą, tą teraz i tą utraconą, która była normalna i potrafiła poradzić sobie z większymi problemami. Gdzie ona się podziała? Wychodzisz do łazienki w środku nocy, żeby płaczem nie obudzić śpiącego chłopaka, żeby nie zawracać mu głowy sobą, bo przecież już i tak musi znosić Cię codziennie, te wszystkie żałosne momenty, kiedy masz atak paniki, bo za kilka dni masz spotkać się z koleżanką (do spotkania nie dochodzi, odwołujesz je). Potem i tak go wołasz, bo boisz się, że jeżeli dłużej będziesz ze sobą sama, coś sobie zrobisz. On się nie skarży ale Ty jesteś przekonana, że jesteś dla niego ciężarem – jak możesz nie być, skoro sama ledwo ze sobą wytrzymujesz?
    Boisz się pójść z tym do lekarza, boisz się że Cię wyśmieje albo gorzej – zobaczy, jak bardzo nienormalna jesteś i wyśle Cię gdzieś, dla Twojego własnego bezpieczeństwa. A potem myślisz, że może tylko to Ci zostało, może nic innego Cię nie uratuje. Może musisz być zamknięta w pokoju bez klamek, bo przecież Twoja głowa naprawdę zdaje się być dla Ciebie zagrożeniem. Gdyby ktoś inny mówił do Ciebie te wszystkie rzeczy, które o sobie myślisz, nie uniknąłby konsekwencji prawnych – za groźby, za nękanie, za namawianie do samobójstwa.
    Ciężko jest się z tego wygrzebać i ciężko jest nauczyć się patrzeć na swoje postępy jak na prawdziwe osiągnięcia, a nie na ich marną karykaturę i przekuć radość z umycia włosów, umalowania się i pójścia do fryzjera po raz pierwszy od miesięcy, w motywację do robienia co raz większych postępów. Ale tak bardzo warto próbować.
    Dzięki za ten tekst, Hania.

  • Nikola

    Niesamowicie przygnębiający tekst. Prawie się popłakałam. Przez ponad połowę tekstu miałam wrażenie, że to wszystko jest o mnie… powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki!

    • Jeśli to też o Tobie, to i ja trzymam kciuki!

  • M

    A więc dobrze. Pora na dawkę szczerości. Wiesz, kiedy do Ciebie trafiłam? Dokładnie wtedy, gdy jakaś blogerka napisała, że inna, mało znana, jakaś Hania pyta ludzi, dlaczego są obleśni. I wtedy postanowiłam zostać, przekonać się, kim jest ta dziewczyna, która z taką pewnością i zawziętością daje do zrozumienia wszystkim, że jest lepsza, bo w życiu wygrywa. Założę się, że nigdy nie miałaś takich statystyk, tak swoją drogą. Nie byłam twoją fanką, nie wiem, czy kiedykolwiek będziesz dla mnie wiarygodna, bo wszystkie te działania były jakby realizacją planu z książek kominka – niech tłum podąża za tobą, bo jesteś zwycięzcą, będziesz tonąć w dolarach i wegańskim sushi. W każdym razie, byłam cicho i czekałam. Widziałam, jak się zmieniasz, a raczej zmienia się twoja taktyka – z fejmowskiej Hani na dziewczynę z sąsiedztwa, która też ma oponkę na brzuchu i mimo to nosi kostium kąpielowy, która czyta dobre książki i wraca na studia. Taka trochę, jak ja. Nie będę ciebie oceniać, ale teraz, będąc w klinice, wiedząc, jak to jest być zaniedbaną i nie mieć na nic siły, powinnaś ludzi przeprosić za tamten tekst. Bo gówno wiedziałaś o cudzych życiach, byłaś strasznie rozpieszczoną gówniarą, przyzwyczajoną do owacji i blasku. Z blogiem wyszło średnio, a nie tak wspaniale, jak obiecywalas, dorosłość okazała się jeszcze trudniejsza… Ok, zachorowałaś. Ale może to najlepsza lekcja pokory, jaką zaoferowało ci życie. Bądź silna. Miłego życia w Poznaniu, mnie to miasto uratowało.

  • Pola

    Trochę się tego domyślałam ale nie spodziewałam się, że jest aż tak źle. W pewnym sensie rozumiem co czujesz, miałam przeczucie, że to będzie taki tekst, że dowiemy się co właściwie się dzieje z Tobą, dlaczego musisz być tak długo w szpitalu. Gdy czytałam tekst nic więcej nie miało znaczenia, ktoś coś do mnie mówił a ja byłam głucha na te słowa aż przeczytałam do końca. Chwilę później dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na studia. I co? I nic. Nic się nie zmieniło, wciąż ta sama pustka, pytania o to, dlaczego się nie cieszysz. Czułam się trochę jakby mnie ktoś opisał ale ja wciąż boję się poprosić o pomoc. Życzę Ci wyjścia z tego bagna.

  • Agnieszka Piątkowska

    Trzymam za Ciebie kciuki i wysyłam dużo przytulasków, bo przytulaski dają szczęście <3 Walcz, Haniu

  • Melania

    Hania, to był chyba najmocniejszy tekst na Twoim blogu, gdyż dotyczył tak strasznej choroby jak depresja, na którą w dodatku cierpisz. Trzymam kciuki, pamiętaj, że masz nasze wsparcie, tutaj na Blogu, Snapie, Insta i FB zawsze będziemy na Ciebie czekać:* Walcz

  • M

    Twoje usuwanie komentarzy totalnie zweryfikowało moje zdanie o tobie. Jednak faktycznie nie można traktować cię wiarygodnie.

    • Załóż bloga, napisz pięćdziesiąt tekstów, a potem napisz ten komentarz jeszcze raz.

  • patricia_katrin

    Cholera…. tak właśnie jest… tylko nie zabiłabym siebie, a każdego do okoła…. zawsze mam taką myśl jak trzymam nóż, widelec, nożyczki, doniczke…
    Do całej sprawy podchodzę z żartem, ale strach i rozpacz pojawiają się gdy widzę tych wszystkich pięknych i mądrych ludzi…. a ja, taka sierota, bez studiów, bez mieszkania od rodziców, bez dobrej pracy, bez chęci na życie…. a oni wszyscy pieprzą… no idź uda Ci się, no dalej dasz radę, pomożemy Ci…. a prawda jest taka że łatwiej byłoby Ci wykopać grób i zakopać się w nim, tak żeby mieć od wszystkich spokój…. bo przecież całego świata nie zabijesz……
    A Tobie Haniu, życzę ….eh…. sama najlepiej wiesz czego 🐸

  • Tak, zrozumieją. Myślę sobie, że jedną z najtrudniejszych rzeczy chyba jest to udawanie przed innymi i obwinianie się za wszystko. Nie ma społecznego przyzwolenia na takie „głupoty” jak depresja czy inne emocjonalne niedomagania, przecież to „jedno wielkie lenistwo”, co nie? ;)
    Wzruszający tekst… Jesteś niesamowita, że podzielilaś się swoimi tak osobistymi przeżyciami. Będę myśleć o Tobie, patrząc w sufit ;)

    • Nie wychodzi na rentgenie ani w wynikach krwi, więc to nie choroba! ;)

  • Obserwuję Cię na snapie i w życiu bym nie pomyślała o Tobie w kategoriach takiej choroby! Chciałabym Cię kiedyś poznać i wyściskać. Trzymaj się Hania!

  • Dorota

    A czy ktos choc raz zapytal od jakiego momentu to się zaczęlo ?? Czy cos się zdarzylo ?

  • Wiktoria

    uroniłam łzy po przeczytaniu tego… często czuję się podobnie, ale myślę, że jeszcze trochę minię, aż zdecyduję się na wizytę u specjalisty w tej spawie.
    cholera, dziewczyno, podziwiam odwagę. trzymam bardzo mocno kciuki byś nie poddawała się i walczyła dzielnie! nie daj się tak łatwo :)

    • Trzymaj, przydadzą się! Tak łatwo się z tym cholerstwem nie wygrywa.

  • Haniu, jesteśmy z Tobą ❤️❤️❤️
    Pamiętaj, nie jesteś sama!

  • napisałaś jedno zdanie, które bardzo utkwiło mi w pamięci, że „ludzie nie umieją rozmawiać” – to prawda, w której żyjemy. Ludzie nie chcą słuchać, ludziom nie można po prostu powiedzieć o swoich uczuciach. Zewsząd zalewa nas fala absurdu i życia perfekcyjnym życiem, którego nie ma. Tematy trudne trzeba zamieść pod dywan, uczucia smutku, lęku czy strachu nie mają prawa bytu. Zamrożony uśmiech na twarzy jest oczekiwaniem innych ludzi. O ile mogłoby być czasami prościej, gdyby można było powiedzieć, co się czuje, bez obaw. Niemniej, depresja to poważna rzecz, ale wiele jest nadziei na całkowite się jej pozbycie. Życzę dużo samozaparcia, dużo świadomości i odnalezienia tych codziennych promyków nadziei, że jednak warto i że jest sens.

    • Bronisław Kandora

      Ludzie nie mają odwagi ze sobą rozmawiać… A wiesz czym uśmiech jest… Tarczą za którą nikt nie widzi co czujesz, za którą nie chcesz żeby widziano co czujesz…
      Mówisz: „życzę miłego dnia… ” z przyklejonym bananem na twarzy a myślisz „weź już sp..j” (kaliber słowa proszę sobie dobrać…
      Pozdrawiam (może i szczerze..)

  • kfiatuh

    kochana
    nie wiem co napisac, jak to ubrac w slowa..
    ale zasnelam wczoraj z Twoim tekstem i sie z nim obudzilam.
    i nadal nie potrafie o niczym innym myslec.
    nie splywa to po mnie, wiedz, ze doceniamy Twoja szczerosc, odwage.
    otwartosc, ze sie na to zdobylas.
    taka jestes w tym prawdziwa.
    do bolu, ze serce mi peka.
    tniesz ostro jak brzytwa, po myslach, po odzieraniu, po nazywaniu rzeczy po imieniu
    nie wiem czy umiem sie do tego odniesc, w pelni tego kalibru, jaki podnioslas a ja teraz probuje udzwignac.
    nie wiem czy umiem oddac Ci cala moja uwaznosc, cale to poruszenie, wzruszenie empatie jaka we mnie wzbudzilas. raczej nie umiem pokazac Ci jak mocno mnie soba ujelas,
    dzielna jestes! madra, rzeczowa, uczciwa, blyskotliwa, z ogromnym poczuciem humoru, (ktore swiadczy, wiadomo o czym – o inteligencji (co wiem ze snapow (skad Cie poznalam, po poleceniu kiedys przez Wiittaminke – szczesliwy dzien, bo nie jestem w tym zbytnio regularna, raczej przypadkowa)))
    a przy tym wrazliwa, emocjonalna i bardzo sercowa, w szlachetnym tego slowa znaczeniu.
    prawdziwa sol ziemi.
    i ogromnie Cie szanuje za to, na co sie tu zdobylas,
    i za wszystko co robisz (m.in za wspolnote odczuwania w vege-zyciu)

    przytulam mocno!,

    nie jestes sama,
    ani teraz, ani w tym bolu, ani w zlosci ani w bezradnosci,
    ani w walce.
    ani w milosci.

    R

    • Nawet nie wiesz, jak się cieszę z tego komentarza. Ściskam!

  • No buźka, no!
    I lov!
    <3

  • Mateusz Haase

    Hej Haniu! Przestań się przejmować tym co inni myślą! To nie ma sensu, wszyscy popełniamy błędy w życiu, wszyscy mamy gorsze chwile. Wyjdziesz z tego silniejsza i z przekonaniem naprawde czego chcesz od zycia. Nie potrafie teraz sobie wyobrazić jak się czujesz, ale 3mam za Ciebie kciuki! ;)

  • Maria Banaszek

    Depresja to choroba myśli, dotyka osób myślących intensywniej, głebiej, z pełnym zaangażowaniem swojej osobowości. Osób wrażliwych na świat, ludzi, przyrodę, na piękno, sztukę i przede wszystkim wrażliwych na własne niepowodzenia i słabości. Nie mam pojęcia, czy moją opinię podzielają fachowcy, jest efektem mojego doświadczenia życiowego, moich własnych depresyjnych rozmyślan i obserwacji innych, dotkniętych depresją.

    Twoja wrażliwość to nie przypadek. Może właśnie po to jest Ci dana, abyś obdarzała nią i zachwycała innych. Może pod wpływem najsilniejszych emocji powstanie twój najlepszy, porywający serca tekst? A może już powstal, tylko jeszcze o tym nie wiesz?

    Myśle, ze najlepszym lekarstwem na tą chorobę myśli, jest samo myślenie! Cieszę się, że już po nie sięgnęłaś. Twój tekst jest najlepszym tego dowodem.

    A może nadzieja to antidotum na wirusa depresji?

    Najserdeczniejsze pozdrowienia
    Maria B.

  • Pingback: Blog poczeka, czas ratować siebie – o intensywnej terapii – hania.es()

  • Wolno Ci czuć, tak jak czujesz. Uczucia jakie by nie były, są jak małe kotki i lubią gdy się je czule głaszcze, gdy się je tuli i gdy się je akceptuje. Dopieszczone idą sobie swoją drogą.
    Haniu :*

  • Justyna

    Boze, mtoa opisal to czego ja nie potrafilam przez tyle czasu. Te wszystkie uczucia…

  • Ania

    Autorce tekstu oraz innym utożsamiającym swoją sytuację życiową z tym tekstem z całego serca polecam obejrzeć na spokojnie wideo Jeffa Fostera „Depression Deep Rest”, oczywiście dostępne w internecie via YT. Jestem szczerze przekonana, że przyniesie odrobinę światła do tak smutnego świata. Pozdrawiam ciepło!

  • Ten tekst, te zdjęcia. Mam dziś taki dzień, ale popłakałam się nad tym wszystkim. I jestem z Tobą :*

  • Agnieszka

    jesteś silna, bo to napisałaś <3

  • KoniuuStyle

    Bardzo dobrze napisany tekst. Zaczęłam czytać początek i się wciągnęłam aż do samego końca. Samo napisanie tego na pewno już jest dużym krokiem naprzód :)

  • Monika

    Co za życie.

  • Pięknie napisany tekst! Podziwiamy odwagę mówienia o tak trudnych kwestiach!

Przeczytaj poprzedni wpis:
SLON!
Nie myśl o różowym słoniu

I o czym teraz myślisz?

Zamknij