KULTURA I MEDIA LUDZIE

Co jest złego w internetowym ekshibicjonizmie?

Death_to_stock_photography_weekend_work (7 of 10)


Dużo teraz mówi się o ogólnie uprawianym ekshibicjonizmie w Internecie. Relacjonujemy i pokazujemy co aktualnie robimy, jak wyglądamy, z kim przebywamy, dając innym wgląd do swojej codzienności. Ludzie kręcą nosami, a ja pytam – co w tym złego?

Pamiętam jak byłam mała, a starsze panie marudziły gapiąc się w Big Brothera, że jak tak można, że zero prywatności, szacunku do siebie i co oni mają w głowach. Starsze panie pozostały tymi samymi starszymi paniami, a jedyne co się zmieniło to to, że teraz zamiast Wielkiego Brata mamy social media.

Aktualnie na topie jest Snapchat – aplikacja, która najczęściej służy do relacjonowania swojego życia na żywo.

Pokazujemy swoją codzienność w jak najciekawszym wymiarze, staramy się zainteresować widzów tym, co się u nas dzieje, swoją osobą i charyzmą.
Skupiamy się na podglądaniu innych. Oglądamy kręcone smartfonami, amatorskie reality show z życia innych. Takie czasy. (zobacz: Nasze pokolenie to najlepsze pokolenie)

social media stalker

Niedawno temu viralowo rozniosło się wideo z kanału Z Dobrym Słowem pod tytułem „Uważaj, co udostępniasz. Social media stalker”. Twórcy pokazali jak łatwo można dojść do różnych informacji o nas posiłkując się tylko tym, co sami wrzuciliśmy do Sieci.

Dali do zrozumienia, że zachowujemy się nieodpowiednio, bo nieznajomi nie powinni mieć dostępu do takich faktów z naszego życia jak adres kawiarni, w której przebywamy, imię psa czy przebyta operacja. Tylko dlaczego? Co w tym złego?

Powiem Wam – zupełnie nic. Dopóki nie podajemy informacji, które mogą być w jakiś sposób niebezpieczne, nasz ekshibicjonizm w żaden sposób nie jest wadą.

To, że jakiś nieznajomy, przypadkowy przechodzeń wie kiedy byłam w szpitalu, co jadłam na obiad i jak ma na imię mój były chłopak naprawdę nie jest problemem i nikomu się krzywda przez to nie dzieje. A niech sobie wie! Przecież po coś to wrzucam, nie?

prywatność

Poza tym czasem słyszę, że to całe bycie w Sieci obdziera mnie z prywatności. Że całe grono nieznanych mi osób wie o mnie wszystko, ma wgląd do moich rozmów z rodziną i zawsze wie gdzie jestem, bo publikuję na Insta zdjęcia z kawiarni czy kręcę Snapy na mieście.

Tylko że nie.

Przecież pokazujemy w Internecie tylko tyle, ile chcemy pokazać. Mamy świadomość tego, kto ma dostęp do treści, które wypuszczamy. Mnóstwo rzeczy zachowujemy dla siebie i ostro selekcjonujemy to, czym się dzielimy.

Nawet jeśli ktoś nagra dwa tysiące sekund na Snapchatowym My Story (co uchodzi za bardzo dużo), to wciąż są to 33 minuty, co daje nieco ponad 2% doby. A więc chyba całkiem mało, co?

Zostaje całe 98% na prywatność, która nie jest przeznaczona dla oczu osób trzecich.

spokojnie

Dlatego spokojnie, czas wrzucić na luz. Internetowy ekshibicjonizm to nic złego, bo przecież to Wy ustalacie, gdzie leży granica. Nikt inny.
Jeśli sprawia Wam to przyjemność – pokazujcie się w Sieci, relacjonujcie swoje życie i jarajcie się byciem online. Wasi dziadkowie nie mieli takiej możliwości.

Piękne czasy nastały. Przestańmy się ich bać.

  • Te starsze panie miały akurat sporo racji bo Big Brother pokazywał wszystko co sobie upodobał realizator – jak siedzisz na kiblu, jak bierzesz prysznic, jak pierdzisz i chrapiesz. Cholera wie co jeszcze?

    Na szczęście na Snapchacie mamy kontrolę nad publikowanymi treściami i chwała mu za to. A to właśnie jest ogromna różnica między tymi dwoma tworami (oczywiście na korzyść Snapchata).

    • No chyba, że ktoś celowo wrzuca zawartość swego sedesu każdego dnia, żeby zniesmaczyć oglądających – kto pierwszy się pisze na ten pomysł? ;)

    • Tak, ta kontrola to w zasadzie najważniejsze, co mamy. No ale kto się godzi na pokazywanie swojego życia bez żadnej władzy nad tym, co puszczane w świat? Trzeba być bardzo głupim albo mieć bardzo wyjebane. :)

  • Muka

    Niekoniecznie jest tak, jak mówisz. Czasem wrzucamy coś, co w danym momencie wydaje nam się bezpieczne, a za jakiś czas ktoś to wykorzysta przeciwko nam. Będzie wiedział np. gdzie nasze dziecko chodzi do szkoły (bo zobaczy fotkę z rozpoczęcia roku) i postanowi je porwać. Zobaczy nasze mieszkanie i to, co w nim mamy, więc stwierdzi, że warto wpaść z łomem na małe co nieco – to te najbardziej skrajne przykłady, ale naprawdę wariatów nie brakuje. No i jeszcze jedna rzecz: obecnie pracodawcy wyszukują w sieci informacje o potencjalnych pracownikach i na podstawie profilu na Fejsbuku wyrabiają sobie opinię, żeby potem podjąć decyzję o zatrudnieniu. Nie muszą to być obciążające rzeczy, jak przynależność do organizacji nazistowskich, ale po prostu coś, co, w ich mniemaniu, pokaże im nasz charakter. Z obawy, że się z nami nie dogadają, mogą nam odebrać szansę na zatrudnienie, choćbyśmy byli wykwalifikowani. Dlatego faktycznie ekshibicjonizm może nam czasem zaszkodzić. Kwestia tego, jak bardzo pokręconych ludzi znamy, nie wiedząc o tym.

    • Z drugiej jednak strony, jeżeli nie piszesz na facebooku prawie nic na swój temat, to pracodawcy mogą uznac, ze jestes zbyt skryta, zamknięta w sobie itd. Każdy kij ma dwa końce.

      • no właśnie. i mogę zdecydować się na osobę, której życie i pasje im się spodobają. zawsze chętniej zatrudnia się kogoś o kim się coś wie, a jeżeli to są fajne rzeczy (ciekawe podróże, ładne zdjęcia i mądre cytaty) to tym bardziej.

    • Przy takich założeniach nie powinniśmy w ogóle wychodzić z domu, bo ktoś może nas zobaczyć. Mamy całkowite prawo czuć się bezpiecznie niezależnie od tego, co mamy w domu.
      A pracodawcy – jasne. Tylko że ja tu nie mówię o wrzucaniu niestosownych treści do Sieci, a o jakimś tam wyrażaniu siebie. Szef, któremu przeszkadza Twoje życie prywatne, gdy nie robisz nic niestosownego, nie powinien być Twoim szefem. Długo z nim nie wytrzymasz. :)

    • ale równie dobrze może zobaczyć nas na ulicy, śledzić i też się dowie gdzie dziecko chodzi do szkoły i gdzie mieszkamy. albo ktoś może przyuważyć, ze właśnie przywieziono nam wielki telewizor i panowie wnoszą go do ogródka.

    • Nie chcę pracodawcy, któremu nie podoba się moje życie. Trochę szacunku do siebie samego. Życie > praca.

      Oraz: nie publikuję czegokolwiek, czego się wstydzę, co mnie kompromituje, czego nie jestem w stanie wybronić w rozmowie. To naprawdę nie jest takie trudne.

  • Lubię mieć coś fajnego do powiedzenia przy okazji tego typu tekstów.
    Tylko, że nie.
    Powiedziałaś wszystko.
    Zgrabnie ujęte, Hanka.

  • Wiktoria Aleksandra Barańska

    Zawsze będę uważać, że ekstrawertyzm to fajna sprawa.

    A najbardziej mnie zawsze bawiła porada „nie podawaj imienia w internecie”. Mhm, myślę, że randomowy stalker na pewno będzie wiedział, że to akurat ja, bo jestem przecież jedyną Wiktorią na świecie.

  • Amen! ;)

  • czytałam kiedyś taką książkę Kevina Mitnicka „Sztuka podstępu”. to taki całkiem niezły haker, a później specjalista do spraw bezpieczeństwa. był tam rozdział o tym, kiedy nieszkodliwa informacja szkodzi. i to jest dokładnie to. wrzucamy do sieci „bzdurne” informacje, które nie powinny w żaden sposób nam zaszkodzić. no bo jak może zaszkodzić pochwalenie się imieniem psa, szkołą do której uczęszczamy czy adresem ulubionej kawiarni. a no może. w skrajnych przypadkach. tylko że aby poznać imię naszego psa wystarczy usłyszeć jak go wołamy. wystarczy zobaczyć do której szkoły wchodzimy albo wypatrzeć nas w kawiarni. i social media nie są do tego wcale potrzebne.

  • „Mamy świadomość tego, kto ma dostęp do treści, które wypuszczamy” – owszem. Do momentu, w którym ktoś kliknie „retweet”. To jedna sprawa. Druga – fakt, technicznie rzecz biorąc możemy dzielić się czym chcemy i ile chcemy, tylko znam wielu, którzy jarają się byciem online do tego stopnia, że obfotografowują każdy posiłek i co godzina informują, w jakim są nastroju. Nie wątpię, że im to potrzebne, natomiast szanse na to, że te ich cenne informacje do nikogo nie trafią, są raczej duże, bo ja na przykład ludzi z Facebookową biegunką przestaję obserwować, żeby mi nie śmiecili i z pewnością nie jestem w tym osamotniona. Trzecia sprawa – ludzie bardzo chętnie relacjonują swoje życie, natomiast lubią zapominać o tym, że tym samym dają innym ludziom prawo do komentowania go. Pamiętam doskonale, jak lat temu wiele, będąc młodą blogerką, byłam na tyle głupia, żeby w szczegółach opisywać moje życie uczuciowe. I potem były gorzkie żale, bo mi ktoś napisał „a mnie wygląda na to, że on cię zdradza”. I tu pytanie, czy każdy wyznawca sieciowego ekshibicjonizmu jest gotów przyjąć na klatę, że może dostać feedback, który mu się nie spodoba, a być może go urazi. Po czwarte wreszcie, znowu z autopsji – ludzie potrafią, naprawdę potrafią za bardzo się zainteresować i nawet ze szczątkowych informacji wywnioskować więcej niż by się chciało, żeby wiedzieli.
    Podsumowując elaborat – nie, nie widzę plusów netowego ekshibicjonizmu. Jeśli ktoś ma potrzebę, to proszę bardzo, sieć jest pojemna – ale osobiście wolę, gdy ludzie w używaniu internetów kierują się ulubioną zasadą mojego niegdysiejszego wychowawcy: „lepiej mniej, ale lepiej”.

  • Zgadzam się – każdy niech wyraża siebie jak chce. Oczywiście, są przypadki, gdzie granice dawno zostały przekroczone i ręce opadają, ale to nie jest wcale taka duża liczba, po prostu mocniej zwracamy na to uwagę, tyle. Człowiek sam bierze za to odpowiedzialność i najlepiej wie, ile tak naprawdę pokazuje.
    Najbardziej irytuje mnie, że aktualnie z ludzi, którzy trzymają wszystko dla siebie i nie udostępniają nic w sieci, robi się kogoś na wzór bohatera, którego należy podziwiać i stawiać mu ołtarzyki. Takich mamy bohaterów XXI wieku… Nie uważam, że życie poza siecią jest złe, ale no, na litość zielonych borów, bez przesady.

  • Życie polega na dzieleniu się przeżywanymi chwilami z innymi ludźmi. Gdybyśmy zostawiali wszystko tylko dla siebie jaki byłby fan z tego że własnie coś fajnego się u nas dzieje skoro nie możemy cieszyć się tym z innymi. Traci to wtedy smaczek. Nie podajemy przecież hasła do swojego konta bankowego czy innych bardzo prywatnych szczegółów.

  • Maciek Partyka

    Wiesz ja jednak widzę sporo zagrożeń w internetowym ekshibicjonizmie. Nie zgodzę się z tym, że sami sobie wyznaczamy granice, w pełni świadomie i odpowiedzialnie. Czasem pokazujemy w sieci coś czego rok czy dwa lata później będziemy się wstydzić. A raz wrzucona treść może krążyć w sieci bardzo długo poza wszelką kontrolą. Kiedyś kompromitująca zdarzenia z naszego życia pozostawały w świadomości najbliższych przyjaciół czy rodziny, teraz mogą stać się publiczne. Niedawno w tygodnikach opinii można było przeczytać o rodzicach, którzy dzielą się swoją prywatnością kosztem swoich dzieci np wrzucając zdjęcia ich świadectw czy uwag z dzienniczka wystawiając je na publiczne pośmiewisko. To są autentyczne problemy i dobrze, że się o tym mówi.

  • sfetrum

    ja też uważam że w tym „ekshibicjonizmie nie ma nic złego, jeśli ma się świadomość tego, ile osób nas ogląda, czego nie należy pokazywać dla własnego bezpieczeństwa itp. A wydaje mi się że mimo wszystko nie wszyscy taką świadomość mają…

Przeczytaj poprzedni wpis:
dzieci kwiaty
Pani Cię zabierze, a ja sobie idę!

Dzieci nie chcą opuszczać sklepu z zabawkami, wychodzić z placu zabaw, a czasem iść do lekarza. I co z tym...

Zamknij